Pierwszy krawat w życiu

Chyba nigdy nie jest za późno, żeby stać się prawdziwym mężczyzną, ale czy może być na to za wcześnie? W czasie tegorocznych świąt postarałam się, aby Stasio nieśmiało wkroczył w pierwsze podwoje męskości. Ze swymi 6 miesiącami na koncie nadawał się do tego wprost idealnie.

Tym samym ukochana mamunia podjęła decyzję o przyczepieniu do szyi dziecka dziwnie dyndającego kawałka materiału, który okazał się smakować wyśmienicie i z powodzeniem mógł zastąpić przekąski między posiłkami. A przecież miało być tak pięknie, no bo stylizacja wyśmienita. Jednak radość mamuni nie trwała zbyt długo, bo po niespełna 20 minutach ten oto różowy  sprawca całego postu zaczął ciążyć Stasiowi nadzwyczajnie. Idealny kandydat do ślinienia, gniecenia i obracania w pył marzeń mamuni.

No cóż, mamy już pierwszy koty za płoty z krawatem. Chyba zachowam go sobie go jako pamiątkę, żeby kiedyś w przyszłości wyłożyć Stasiowi ten prywatny przedmiot kultu i przedstawić historię, jak to się sprawy z tym krawatem miały. Mam nadzieję, że będzie wyrozumiały w kwestii koloru, bo już ja mu wytłumaczę, że róż jest cały czas w modzie. Poza krawatem reszta ubrania (o dziwo!) przetrwała cały dzień, chociaż koszulę spotkała poobiednia marchewkowa wpadka, ale kto by troszczył się o szczegóły, kiedy nasz mały kawaler tak dzielnie się prezentował w swoje pierwsze święta.

W szczegółach wyglądało to tak:
koszula, krawat – Gymboree
czapka, spodnie – H&M
buty – Old Navy