Dlaczego nasze dziecko ogląda telewizję na dobranoc?

Jak zapewne wiecie, nasza pociecha skończyła niedawno 5 miesięcy. (Jeśli jednak nie wiedzieliście, to zaglądając do tego posta, już wiecie 🙂 Nie pisałabym tak o tym wieku, gdyby nie był ważny z punktu widzenia tego, o czym zaraz będzie mowa. Kto miał lub ma aktualnie bąbla na podobnym etapie rozwoju, pewnie wie, że jest to istota na tyle przemyślna, że nie zadowolą go już byle jakie rozrywki jak suszarka do kąpieli czy zwykła karuzela nad łóżeczkiem. Co to, to nie. W tym wieku należy już wymagać pewnej dozy doświadczeń kulturalnych, które ugruntują wrażliwość przyszłego obywatela.

Dlatego rodzice z dnia na dzień doskonalą umiejętności aktorskie, żeby zaskakiwać swoimi występami wymagającego odbiorcę. Mam tu na myśli repertuar mimów i tancerzy z zespołów disco-polo. Dlatego co chwila podsuwają pod nos nowe zabawki, żeby bąbel bez przerwy coś nowego ślinił, pogryzał i miętosił. I my też tak robimy, ale niezmiennie pozostaje u nas jeszcze jeden stały punkt programu.

Teraz mam nadzieję, że nie pokręcę niczego, ale kolejność jest chyba taka: kąpanko, jedzonko i spanko. Jeśli u kogoś jest inaczej, to pewnie też dobrze, chyba że zaczyna od tego ostatniego… My jednak dokładamy przed spankiem lub równolegle do procesu usypiania jeszcze jeden element. I teraz przechodzimy do meritum, bo nasz malec na dobranoc dostaje porcję rozrywki w postaci prywatnego seansu telewizyjnego. Żeby było ciekawiej, codziennie ogląda ten sam program, ale się chyba jeszcze nie zorientował. W sumie może więc nie potrzebuje tyle nowości i tylko nam się tak wydaje, że aż tyle wrażeń mu się należy.

A teraz wyobraźcie sobie, jak to by było oglądać ten sam program czy film codziennie. Marnie, co nie? A Stasio tak non stop i jeszcze daje radę.

Zanim jednak zdążycie nam nawrzucać, że chyba się nam w głowach poprzewracało, żeby niemowlakowi telewizję puszczać, to wyjaśnię, na czym to tak naprawdę polega. Mianowicie Stasio niczym mały Jacques Cousteau każdego wieczora wyrusza w niezwykłą usypiającą podróż prowadzącą przez głębiny mórz i oceanów. W wyprawie towarzyszy mu zawsze królik, a w trakcie badania niebieskiej otchłani pojawiają się ryba w paki, wesoły żółw, ośmiornica w czapce marynarza i krab, po prostu krab. To wszystko zapewnia natomiast urządzenie przypominające telewizor, które jest zabawką z serii Baby Einstein. Żeby nie było, morskie żyjątka nie tylko są, one się także poruszają, a ekran „telewizora” podświetlony na niebiesko imituje morze. Dodatkowo urządzenie wydaje też ciekawe odgłosy, niezbędne w usypianiu. Mamy do wyboru szum morza i melodyjki a’la kołysanki. Baby Einstein działa w kilku trybach: można włączyć np. tylko wybraną melodię lub sam ruch morskich stworów bez podświetlenia itd. Co ważne, można go też przymocować w bezpieczny sposób do łóżeczka, tak że nawet jak dziecko będzie w niego uderzało czy kopało, to nic się nie stanie.

Dla gadżeciarzy, którzy chcieliby mieć coś, o co można dodatkowo potknąć się, wstając w nocy do dziecka, do „telewizorka” dołączono zdalnego pilota w kształcie muszli, który pozwala włączyć ustrojstwo w trybie, w jakim był ostatnio używany.

To może jeszcze na koniec, o tym jak to się sprawdza. Z własnego doświadczenia możemy stwierdzić, że usypianie w towarzystwie naszego „telewizorka” to świetna sprawa, która ułatwia nam życie, kiedy Stasio nie chce za żadne skarby pogrążyć się w słodkich bobasowych snach. Myślę, że pozostanie jeszcze przez pewien czas w użyciu póki mały Kierusek nie wykombinuje jak go odpiąć od łóżeczka 🙂

PS Nasze zdjęcia  z Baby Einstein pokazują zamierzchłe czasy, kiedy Kierusek miał około 2-3 miesięcy i nie był jeszcze tak nadpobudliwy. Wtedy dało się tego używać nawet na macie edukacyjnej i bez specjalnego mocowania.
Do tego dołączam modelowe zdjęcia producenta, żeby  w pełni zobrazować zastosowanie urządzenia.