Dlaczego bez sernika nie byłoby świąt?

Co roku zdarza mi się słyszeć od wielu osób, że ciężko jest utrzymać świąteczny radosny nastrój niemal przez 2 miesiące. Wiadomo, że nim zdążą zgasnąć wszystkie znicze z okazji Święta Zmarłych, a półki sklepowe zaczynają już zalewać tony kiczowatych dekoracji, przy kasach straszą czekoladowe Mikołaje, a w oczy kłują nachalne reklamy prezentów, które koniecznie musisz kupić żonie, mężowi, dzieciom i teściowej, bo przecież bez tego świąt nie będzie… Zapomniałabym dodać,  że z roku na rok coraz bardziej niepokojące staje się jeszcze jedno zjawisko, a mianowicie – niebezpiecznie przesuwa się data pierwszej emisji przygód Kevina. Żeby coś takiego na początku grudnia… Na pocieszenie warto wiedzieć, że do mistrzostwa w dziedzinie wyprzedzania Świąt jeszcze nam daleko, bo np. na Filipinach świąteczny klimat sklepy wprowadzają już we wrześniu.

W tym całym szaleństwie trudno znaleźć rozsądną metodę, a więc wraz z emisją Kevina człowiek zaczyna już poważnie myśleć, że chociaż nie zabrał się jeszcze za żadne świąteczne przygotowania, to i tak jest już w plecy, bo tutaj emitują świąteczne filmy, tam sprzedają prezenty, tamci już upiekli pierniki, a wczoraj w tym sklepie była świąteczna zniżka, która na pewno się nie powtórzy. I jak tu żyć? Jak wytrzymać w świątecznym nastroju, żeby chociaż jego odrobina została na same święta?

Do ostatniej chwili trzeba się chwytać się świątecznych niezbędników, które podtrzymają nasze wyobrażenie o magii świąt, bo skoro prezenty już mamy, zakupy zrobione, choinka ubrana, a my już ledwo patrzymy na oczy, to i cała magia ulatnia się wraz z naszymi zmęczonymi westchnieniami. Zdradzę więc swój niezawodny patent na to, by mimo wszystko wytrwać, zapewniając sobie w ostatnich chwilach przed Wigilią ostatni powiew świątecznej atmosfery. W przypadku naszej rodziny ten klimat zapewnia sernik. Tak, właśnie sernik sprawia, że chociaż mamy już dosyć Mikołaja i jego reniferów, a „Last Christmas” powoduje u nas atak konwulsji, to z radością chwytamy za formę do pieczenia, wyciągamy z lodówki kilogram sera i wiemy, że za chwilę stanie się magia prze wielkie „M”. Jednym słowem, nie wyobrażamy sobie świąt bez prawdziwego sernika, którego nie zastąpi nam nic innego, ani Kevin, ani sterta prezentów.

I całe szczęście, że tego sernika nie da przygotować się miesiąc lub 2 wcześniej, bo odebrano by nam już wszystko, co kojarzy się ze świętami.

Oto co mi wyszło – delikatny kremowy sernik na karmelowo-orzechowym spodzie z polewą toffi.