Dlaczego dzieci przeklinają?

Podobno słowa są ulotne jak motyle, tutaj wpadają, tamtędy wypadają. Ciągła paplanina wyziera z każdego, nawet z pozoru najcichszego zakątka. Naprawdę trzeba się postarać, aby zaznać błogiej ciszy. Dzięki postępowi i telefonom komórkowym już nigdzie nie można czuć się bezpiecznie, bo nawet w takim autobusie zamiast rozmyślać o niebieskich migdałach i niedzielnym obiedzie, stajesz się potencjalną i dość przypadkową ofiarą cudzego słowotoku, który niekiedy uderza z siłą tropikalnego sztormu. Wcale się o to nie prosząc, poznajesz wredną Kaśkę z naprzeciwka, która nigdy niczego nie pożycza, Olkę z pracy, co włazi w tyłek szefowi i jeszcze Marka, którego czas rzucić dla Karola.

To nie jest jednak najgorszy z możliwych scenariuszy, nawet jeśli Marek faktycznie zostanie porzucony.

Można znieść wiele, wytrzymać z czystej przyzwoitości, ale granice pękają, kiedy te dosyć barwne opowieści stają się jeszcze barwniejsze, bo podszyte stekiem wulgaryzmów. Niemal każda kropka i przecinek, nawet wielka litera dostaną niezłego przytupu, jeśli dodamy do nich jakąś soczystą k…, p…, ch… itd. Jednak to nie szczyt góry lodowej, bo okazuje się, że nasz język, prosta mowa, jest zbyt ubogi, aby wyrazić i opisać swoje emocje. Najlepiej podsumować je tak #?6#*@#!#?6#*@#!#?6#*@#!

Oto krótki słownik:

Czuję się dziś źle – #?6#*@#!#?6#*@#!

Mam świetny nastrój – #?6#*@#!#?6#*@#!!

Zdenerwowałam się – #?6#*@#!#?6#*@#!!!!

Ten gość mnie wkurza – #?6#*@#!#?6#*@#!!!!

Bardzo mi się to podoba – #?6#*@#!#?6#*@#!!!!!

Podstawy komunikacji opanowane, a więc przechodzę do meritum 🙂

Ostatnio dowiedziałam się, że w I (słownie: pierwszej) klasie szkoły podstawowej wszystkie dzieci przeklinają. To normalka, więc nie ma o co kruszyć kopii, bić piany, bo takie zasady powszechnie panują wśród 6-latków. Mam tu na myśli takie całkiem dorosłe przekleństwa, lekkie, średnie i te ciężkie. Spróbowałam sobie przypomnieć swoje pierwsze chwile w szkolnej ławce, pierwsze zawierane przyjaźnie i szukałam w pamięci tych wulgaryzmów. Były czy nie były? Niezależnie od tego, do której szufladki w głowie z tamtego okresu bym nie zajrzała i czego bym nie wygrzebała, nie udało mi się wyciągnąć na światło dzienne tych „barwnych motyli” języka polskiego.

Z całą pewnością za moich czasów dzieci nie rozmawiały tak między sobą i nawet jeśli co bardziej wyrywnemu zdarzyło się użyć brzydkiego słowa, to nie przypominam sobie, aby były to wyrażenia o najcięższym kalibrze. Powiem szczerze, że w wieku 6 lat nie miałam nawet pojęcia o istnieniu tak paskudnych przekleństw, które notabene znam teraz.

Zamiast dziwić się obeznanym już nieźle ze światem 6-latkom, uderzyło mnie, że katalog pierwszych słów 2-latka może niekiedy zawierać małe i duże k…, które taki jegomość wyrzuca z siebie w najmniej odpowiednim dla rodziców momencie. To już nie rzadkość, aby usłyszeć w jakiejś kolejce egzaltowanego 2-latka zacinającego się na tej nieszczęsnej k… . Niestety, to zdarzenie autentyczne.

Wczoraj wybrałam się na wieczorne zakupy do jednego z hipermarketów, a tam moją uwagę przykuła para mężczyzn z małą, na oko dwuletnią dziewczynką. Przy jednej z półek stali blisko mnie, a więc zauważyłam, że mała jest córeczką jednego z nich. To co zwróciło moją uwagę, nie miało jednak nic wspólnego z wyglądem koleżków czy marką majonezu, który do koszyka wkładali.

Dwójka dyskutowała ze sobą, używając niemal wyłącznie zdań, które przytoczyłam w słowniku powyżej. Ileż tam lało się tego wszystkiego, tych k…, p… i ch…. . Jak siarczysta i zajadła była to dyskusja, tyle emocji, tyle zdań przepełnionych krwistym mięsem. Nie wiedziałam, że na spożywce można przeżyć taką ekstazę.

Pomiędzy nimi, w środku oka cyklonu stała mała, ubrana w różowy kombinezon, dziewczynka, która ze swoimi blond włoskami wyglądała jak mały aniołek. Bez przerwy podbiegała do swego taty, a ten brał ją na ręce i dalej z zajadłością komentował sprawy życia codziennego.

Jakby tego było mało, stojąc już przy kasie, miałam do czynienia z jeszcze jednym wysypem kwiecistej mowy.  Za mną ustawiły się bowiem matka z nastoletnią córką. Z głośnych urywków dyskusji wynikało, że matka ma jakieś pretensje do kasjerki, co skutkowało tym, że obydwie na zmianę z córką wymieniały między sobą co lepsze epitety na określenie dziewczyny. Ilość jadu, wulgaryzmów i chamstwa wystarczyłaby na obdzielenie każdego przy tej samej kasie.

I tak sobie myślę, że to tylko i wyłącznie nasza, rodziców wina. Bo to my nie potrafimy kontrolować swoich emocji, to my przeklinamy, myśląc, że nasze małe dzieci nie wiedzą o co chodzi. To my w naiwności myślimy, że zakazując im używania brzydkich, usłyszanych od nas słów, naprawdę wyeliminujemy je z dziecięcego słownika. Wreszcie to my powinniśmy się wstydzić, że takie sytuacje jak te opisane powyżej mają w ogóle miejsce.

Jak to zwykle bywa, przykład idzie z góry, a dzieciaki czerpią z nas pełnymi garściami. W końcu jesteśmy dla nich wzorem, centrum ich małego wszechświata od pierwszych chwil życia. Warto zadbać o to, aby dzieci brały od nas to, co najlepsze. Warto zmieniać się dla nich, zmieniać zachowanie i język, tak aby kiedyś były naszą najlepszą wizytówką.

 

  • Gość

    Brawo Agnieszko za temat! Masz rację! To wina dorosłych! Ten „kwiecisty: język wdarł się już na salony, do sejmu, wyższych uczelni. Chyba jest na to ogólne przyzwolenie! Ile osób zwraca uwagę słysząc te wulgaryzmy? Dzieci jak gąbka chłoną wszystko!
    Komentując „pikantną” rozmowę pierwszoklasistów usłyszałam od swego wnuka:” babciu na przerwach wszyscy tak mówią, to normalka”. Ostatnio, w kraju, wszystko co nienormalne staje się normalne:(