We did it!

Wróciliśmy! Udało się i wróciliśmy z powrotem do naszej Polandii. W całości, w komplecie, to znaczy: Pan Kierus, Pani Kierusowa i nasz rybionek ukochany. Oops, przepraszam za naleciałość, ale ten rybionek zapadł mi szczególnie w pamięci z racji licznych kontaktów z sąsiadami zza wschodniej granicy. Możliwe, to czy niemożliwe, ale chociaż jeszcze miesiąc temu wydawało nam się, że podejmujemy duże wyzwanie, decydując się na podróż ze Stasiem, teraz wiemy, że nie taki diabeł straszny… I chcemy więcej, dlatego niedługo szykuje się kolejna wyprawa, ale tym razem zdecydowanie bliżej i nie tak egzotycznie. Jednak o wszystkim napiszę w swoim czasie.

Na chwilę obecną ogarnęła mnie pokusa dokonywania podsumowań po naszej podróży, zwłaszcza w kwestii Stasia. Próbuję więc jakoś wszystko uporządkować i zastanawiam się, jak to brzdąc się zmienił, czego nowego się nauczył i jak wiele cennych umiejętności sobie przyswoił. Oczywiście, to też temat na oddzielnego posta.

Żeby nie było, matka poza popadaniem w nostalgiczną zadumę ma też wiele przyziemnych zajęć. To może teraz będzie bardziej praktycznie. Pamiętacie, jak pisałam, że nienawidzę się pakować i z chęcią wynajęłabym kogoś, żeby podstawił mi gotowe walizki pod nos? Otóż na fali pakowania zapomniałam, że jeszcze bardziej nienawidzę rozpakowywania ostatecznego, tzn. takiego po powrocie do domu, kiedy człowiek sterany 24-godzinną podróżą mierzy się z toną bagażu wzbogaconego o pamiątki, muszelki, brudne ciuchy, których nie zdążyło się oddać do prania, piasek z plaży i dziwny zapach dochodzący z czeluści każdej walizki i plecaka. Niestety, jestem typem pedantycznym, a więc chociaż na ziemię nadlatywałaby kometa, a w DDTVN pokazywaliby prawdziwy i jedyny okaz yeti, to niewzruszona zajęłabym się rozpakowywaniem, praniem, porządkowaniem i powrotem całego ekwipunku na swoje miejsce. Jak wiecie nie było yeti, nie było komety, a więc całkiem spokojnie prałam i ogarniałam cały popodróżowy bajzel.

Wróciliśmy w czwartek wieczorem, w piątek zdążyliśmy jeszcze zahaczyć o Targi Książki w Warszawie, wieczorem byliśmy już w domu. Dzisiaj mamy poniedziałek i jestem już prawie całkowicie urządzona. Zostało parę drobiazgów do schowania i… sterta prasowania. Teraz czekają mnie same przyjemności jak przeglądnie zdjęć oraz pisanie kolejnych postów. Myślę, że 2-tygodniowy urlop od komputera dobrze mi zrobił, a teraz wstąpi we mnie nowa energia, bo naładowałam swoje baterie na tym piekielnym słońcu.

Został już tylko wspomnień czar. Do dzieła więc!