Bułgaria pełną gębą

Odwiedzając nowe kraje, eksplorujemy nie tylko kulturę, historię i ludzi, ale też jedzenie. A może przede wszystkim jedzenie, które czasami może powiedzieć o danym miejscu więcej niż dogłębna lektura przewodnika turystycznego. Wielokrotnie spotkanie z lokalnymi smakami dawało nam ciekawy wgląd w życie miejscowych, w ich zwyczaje, rytm dnia, a nawet w ich relacje z bliskimi. Na ten temat można by stworzyć epopeję, a że zdaniem męża i tak za bardzo się rozpisuję, to dzisiaj skupię się wyłącznie na bułgarskich smakach. O tajskich już było, niech więc teraz zabłyśnie kulinarna gwiazda Bułgarii.

Przyznam szczerze, że przed wyjazdem do Bułgarii nie wiedziałam za wiele o miejscowej kuchni i tego, czego można się spodziewać na talerzu. Coś mi świtało, że spotkam dania na bazie papryki, bo w końcu leczo z Węgier ma całkiem blisko. Z pewnością wiedziałam o tym, że w Bułgarii są winnice i wieczorem poleje się do naszych kieliszków ten rubinowy płyn. Winka lubimy i chętnie testujemy, bo według nas to świetna oprawa dla wielu potraw. I chyba na tym przyjdzie mi zakończyć ten wywód, bo poza tymi skrawkami podejrzeń nie wiedziałam nic więcej.

A jak było w rzeczywistości? W skrócie rzecz ujmując: smacznie, miejscami nawet pysznie, zaskakująco i ciekawie, słono, słodko, a czasami na ostro.

Przede wszystkim zaskoczyła nas ilość produktów mlecznych, które spożywa się w tym kraju. Twarde, słone, białe sery na bazie mleka krowiego, owczego lub powstałe z mieszanki obydwu. Przypomina to nasz twaróg. Szkopuł w tym, że do naleśników się raczej nie nada, przynajmniej do tych na słodko. Nasza sąsiadka z pokoju obok sądziła, że to pestka znaleźć ser do naleśników dla swoich córeczek, skoro tyle tego zalega na półkach w supermarkecie, ale po dogłębnej analizie opakowań doszła do wniosku, że z tego sera to naleśnika nie będzie.

Jednak to nie o sam ser się tylko rozchodzi, bo królują tu także kwaśne przetwory mleczne typu zsiadłe mleko, jogurty, kefiry. Na pierwszy rzut oka można zacząć ich podejrzewać o notorycznego kaca. Moja osobista porażka polegała na tym, że nie mogłam znaleźć normalnej śmietany, takiej 12%, 18%. Co nie spojrzałam, to jakieś kwaśne mleko, zsiadłe mleko czy inny wynalazek.

Wspomniany biały ser to podstawa jednego z flagowych dań każdej restauracji w Słoneczny Brzegu – sałatki szopskiej. Zamawialiśmy ją namiętnie i testowaliśmy w różnych odsłonach, aby porównywać smaki, ale nigdy nie smakowała tak samo. To tak jak z polskimi pierogami, które spod ręki każdej gospodyni wyjdą inaczej.

Sałatka szopska to prosta konstrukcja, którą można powtórzyć w domowych warunkach, co też z chęcią robimy. Ogórek, pomidor, czarne oliwki (w wersji bułgarskiej z pestką), jakaś cebulka, no i ten twardy, słony ser. Sałatkę szopską można porównać do greckiej, ale tej prawdziwej 🙂

Cena takiej sałatki w knajpie wahała się od ok. 4 lewa do 8, a nawet 10. Żeby przeliczyć to na złotówki, mnożymy razy 2.

Na bazie jogurtu powstaje też śnieżanka, coś pośredniego pomiędzy sałatką a gęstym sosem. Poza jogurtem w składzie znajdują się ogórek, koperek, czosnek i orzechy włoskie. To z pewnością popularny smakołyk, bo niemal w każdym sklepie można kupić gotowca w opakowaniu.

Przekonaliśmy się, że Bułgarzy gustują nie tylko w słonym serze, ale po prostu w słonym smaku. Pewnego dnia zamówiliśmy pyszną rybę, która nie smakowała jak ryba, była świetnie zrobiona, ale tak słona, że do kompletu powinni zapewnić wiadro jakiegoś napoju, i to w cenie.

Na tym wyjeździe nie kosztowaliśmy specjałów z owocami morza, ale menu czarnomorskich restauracji uginało się od pod naporem frutti di mare.

Bułgarzy lubią też na zimno. I tu znowu wrócę do przesolonej, ale jednak bardzo smacznej ryby. Ryba była dla Kieruskowego męża, podczas gdy żona postanowiła uraczyć się kotletem ziemniaczanym. A co dostała? Zimnego kartofla, który był przez to nie do zjedzenia. Wydawało się to oczywiste, że jak kotlet, to na ciepło, ale pamiętajcie, że w Bułgarii to nie przejdzie.

Daniem, które zajadałam z wielką chęcią, była też kawarma. Najbliżej jej chyba do gęstego gulaszu, jeśli miałabym porównywać ten smakołyk do rodzimych warunków. W rzeczywistości do zawiesiste danie z mięsem w gęstym sosie przyprawionym papryką, a ugotowanym na bazie bulionu i wina. Kawarmę podaje się w tradycyjnych glinianych naczyniach.

A propos papryki w kawarmie, to Bułgarzy nie stronią od przypraw, które są aromatycznym i mocnym dodatkiem zwłaszcza do mięsa. Próbowaliśmy m.in. kebabczetów, które wyglądają jak takie małe kiełbaski na patyku, a zrobione są z mięsa mielonego. Może nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, jak wspaniale to mięso zostało przyprawione. Słone, to słone jak diabli, ale w smaku królowały cudowne przyprawy, których nie byłam w stanie do końca rozpoznać. W wielu sklepach można znaleźć stoiska z przyprawami, w których królują różne mieszanki z dodatkiem bułgarskiej papryki.

Pomimo obfitości warzyw, które są podstawą wielu dań, miejscowi nie rezygnują wcale z mięsa. I teraz opis, który osoby o słabszych nerwach i wielkiej wrażliwości powinny pominąć. Mianowicie, spacerując wieczorową porą w poszukiwaniu lokalu, który napełni Twój zmęczony odpoczywaniem żołądek, napotkasz obracającą się na rożnach zwierzynę w postaci świnek i kurczaków. Będzie tego dużo, niemal za każdym rogiem wyglądnie jakiś prosiak, który złożył żywot na tymże rożnie.

Danie z rożna nazywało się jakoś tak: świnskoje pieczenie i pokusiliśmy się o spróbowanie. No cóż, to po prostu kawał mięcha, ni to przyprawione, ni smaczne, takie nijakie. To z pewnością  pierwszy i ostatni raz, kiedy jedliśmy coś takiego.

Czym popijać te wszystkie dania? To oczywiste, że owe przysmaki najlepiej zaprezentują się w towarzystwie wina, oczywiście bułgarskiego, które jest naprawdę smaczne. Warto spróbować win z lokalnych odmian winogron jak melnik albo mavrud. Cieszy nie tylko smak, ale też cena, bo w butelkach do 20 zł jest w czym wybierać.

Były dania główne, sałatki, popitki, kolej na deser. Kieruski tak mają, że bez deseru się nie obejdzie. To taka kropka nad „i”, od której zależy wszystko. I tutaj znowu przeżyliśmy miłe zaskoczenie, bo codziennie stawialiśmy taką kropkę nad „i”.

Zacznijmy od lodów, które ubóstwiamy i latem zajadamy się nimi codziennie. W całym Słonecznym Brzegu panowała jakaś sieciowa lodziarnia Raffy, które oferowała dziesiątki pysznych smaków. Uwaga: lody w Bułgarii sprzedaje się na wagę.

Lody lodami, a poza tym testowaliśmy też pyszną baklawę, bo w trakcie całego pobytu szukaliśmy tej jedynej, najlepszej. Stale byliśmy też wystawiani na słodką pokusę w postaci cukierni obecnych za każdym rogiem, które miały pyszne ciasta i ciasteczka. Akurat nasza przygoda z ciastem nie okazała się najsmaczniejsza, o czym można przeczytać TUTAJ.

Na koniec będzie pewna anegdota sytuacyjna. Chociaż próbowaliśmy różnego jedzenia, to jedne z najpyszniejszych przysmaków nie uchowały się na żadnym zdjęciu, bo tak nam smakowało, że kiedy sobie przypomnieliśmy o fotkach, było już pusto na talerzu. Chodziło o przysmaki z restauracji ormiańskiej. Ofiarą naszego łakomstwa padły też kebabczety, które, jeśli ktoś się dobrze przyjrzy, zostały poskładane do zdjęcia. Tutaj przypomnieliśmy sobie w porę, że może jednak pstryknąć zdjęcie tych pyszności. Na szczęście dla wszystkich oznacza to, że kariera blogera kulinarnego nam nie grozi, bo zanim byśmy narobili tych wszystkich stylizacji z deską, miską, kwiatkiem etc., to nie byłoby już czego fotografować…