Koh Samui – gwarno, tłoczno i gorąco. Tak właśnie lubimy

Minęły już 3 miesiące od naszej tajskiej wyprawy, ale dopiero teraz znalazłam chwilę czasu, żeby opisać najciekawszą część naszego pobytu. Tak jak pisałam poprzednio początki naszej podróży były mniej lub bardziej udane. Podjęliśmy kilka nieprzewidzianych decyzji, które zweryfikowała później rzeczywistość. Pozwoliło nam to jednak odkryć nasz własny styl podróżowania ze Stasiem, który będzie wygodny dla całej trójki.

Zamiast odludzia na Lipa Bay wybraliśmy hotel w najbardziej zatłoczonej części wyspy, na słynnej plaży Chaweng. Z internetowych opisów wynikało jednoznacznie, że to miejsce mega imprezowe, turystyczne, głośne, gdzie kwitnie nocne życie, a za dnia plaże okupowane są przez setki turystów. Brrr! Brzmi strasznie, co nie? Nic nas nie było jednak w stanie odwieść od tego pomysłu, bo po tygodniu odosobnienia i rozkoszowania się niezmąconą ciszą, chcieliśmy wreszcie, żeby coś się działo.

Dobre duszki szepnęły nam na uszko, żeby zainteresować się nowo otwartym hotelem OZO, który działał od niespełna 2 miesięcy. Z racji swej krótkiej historii oferował bardzo atrakcyjne ceny, obok których nie można było przejść obojętnie. Warto słuchać intuicji, bo okazało się, że to był jeden z najlepszych wyborów w trakcie tej podróży. Nowy hotel poza oczywistym atutem w postaci tego, że był nowy, oferował nam jako rodzinie z dzieckiem wiele udogodnień, na które wcześniej pewnie nie zwrócilibyśmy uwagi. Po pierwsze, była winda i podjazdy dla wózków w każdym miejscu na terenie obiektu. Wow, koniec podnoszenia, unoszenia, podrywania i nadwyrężania. Po drugie, były 2 baseny z czego jeden miał w najgłębszym miejscu z 40 cm wody i przykryty był dachem. Po prostu stworzony dla maluchów. Dodatkowo będzie miał dla nas wartość sentymentalną, bo to właśnie na tym basenie Stasio po raz pierwszy uskuteczniał pozycję do raczkowania.  Po trzecie, w pokojach były wielkie łóżka, na których bez trudu mieściliśmy się we trójkę, nawet przy założeniu, że jedno z nas śpi całkiem w poprzek. Po czwarte, w łazienkach była wielka kabina prysznicowa, w której z łatwością kąpaliśmy Stasia. Czego chcieć więcej? Dla samych rodziców też znalazły się jakieś udogodnienia: smaczny bufet śniadaniowy, sprawny bar basenowy i dobrze działająca klimatyzacja. Jednym słowem, wszyscy byli zadowoleni.

Kiedy tylko dostaliśmy nasz pokój w OZO i obadaliśmy hotelowy teren, z miejsca ruszyliśmy na główną ulicę Chaweng. Było wczesne popołudnie, więc knajpy zaczynały leniwe przygotowania do wieczornych łowów. Każda szykowała swoją dyżurną lodową wystawę, z której za kilka godzin miały wdzięczyć się okazy ryb i owoców morza. Pierwsza przechadzka krzywym chodnikiem uzmysłowiła nam jedno. To jest właśnie miejsce dla nas. Wszystko mamy na wyciągnięcie ręki, nie musimy kombinować z żadnym transportem, bo w zasięgu naszych nóg i wózka znajdziemy dziesiątki knajpek, sklepów, bazarków i salonów masaży. O tak, z tego ostatniego korzystaliśmy sobie do woli. Masaż tu, masaż tam, masaż tajski, masaż z olejkiem itd.

No i co z tego, że był hałas? No i co z tego, że był tłum ludzi? Stasiowi nie przeszkadzało ani jedno, ani drugie. Zamiast tego wyglądał zaciekawiony z wózka, wzbudzając cały czas niemałe zainteresowanie wśród tubylców, ale też turystów. To właśnie tutaj okazało się też, że nie jesteśmy jedyni z tak małym dzieckiem. Ba, widzieliśmy o wiele młodsze okazy maluchów.

Wszystkie obserwacje prowadziliśmy wieczorem, kiedy to ulice zapełniały się po brzegi spragnionymi wrażeń turystami. Za dnia nikt przy zdrowych zmysłach nie wyściubia nosa znad wody, a Tajowie siedzą pochowani po domach lub okupują wszelkie zadaszone miejsca.

Nie wyłamywaliśmy się zupełnie i nasz dzień przebiegał zgodnie z rytmem: dzień-woda, wieczór-miasto.

Z ciekawszych atrakcji w Chawengu warto wybrać się wieczorem na miejscowy market. Trudno tam nie trafić, bo w ogólnym hałasie to miejsce wyróżnia się jeszcze większą dawką hałasu. A wszystko za sprawą muzyki na żywo. Do śpiewania i grania biorą się tam lokalne gwiazdy sceny, które zarzynają zagranicznych wykonawców albo śpiewają coś po tajsku. Zdecydowanie wolimy tę drugą opcję. Przede wszystkim na ryneczku można dobrze i tanio zjeść, no i wypić też 🙂 O przysmakach i sushi za dychacza można poczytać tutaj. Ryneczek był więc stałym przystankiem na naszej codziennej wieczornej trasie.

 

Testowaliśmy też jedzonko w różnych restauracjach, choć i tak zawsze najbardziej nam smakowało w hinduskich knajpach. To takie nasze zboczenie, którego nie możemy się wyzbyć od czasu podróży do Indii. Zarzekamy się, że kuchnia hinduska to jedyna, na której moglibyśmy zrezygnować zupełnie z mięsa.

Za dnia korzystaliśmy z uroków plażowo-basenowych. Czytaliśmy wcześniej o tym, że plaża w tej części wyspy może być zatłoczona. Prawda jest jednak taka, że ludzie wolą siedzieć przy basenach, nawet jeśli ta plaża znajduje się tuż za plecami basenowego leżaka. W sumie trochę to dziwne, bo trudno uświadczyć plaży z takim widokiem, piaskiem i wodą na europejskich szerokościach geograficznych. Z drugiej strony woda w basenie bywa chłodniejsza niż w morzu…

Żeby nie było, Kieruski też nie przesiadywały nad morzem za często, ale to z racji pewnych utrudnień, które sprawiał nam najmłodszy przedstawiciel rodu. Cóż począć, skoro w jego odczuciu najsmaczniejszą przekąską do mleka był piach z plaży. Ach, jak on zagarniał i zbierał te pokłady złotego żwirku. Jak celował i pakował prosto do buzi, a jak krzyczał, kiedy zła mama albo tata pozbawiali go odżywczego snacka. Głównie z tego powodu chodziliśmy nad morze oddzielnie, kiedy jedno z nas zostawało ze Stasiem przy basenie.

Klimat Chawengu miał zbawienny wpływ naszego malca. To nic, że przesypiał całe noce i budził się koło 10. Ledwo byliśmy w stanie zdążyć na śniadanie. Po naszym śniadaniu, które trwało zazwyczaj pół godziny Stasio był tak zmęczony, że padał średnio na 2 godziny i na dobre rozkręcał się dopiero koło 13. To nie była jego jedyna drzemka w ciągu dnia, bo po obiedzie też był zmęczony, a wieczorem męczył się na samą myśl o kolacji. W sumie malec naprawdę sporo przesypiał, a mama i tata wykorzystywali ten czas na różne sobie właściwe rozrywki. Mama nadrabiała zaległości czytelnicze, a tata zajmował się głównie szukaniem dostępu do komputera, po tym jak stwierdził, że nasz już raczej nie powstanie.

I tak nam upłynął tydzień na leniuchowaniu. Już w połowie zaczęliśmy kombinować, jak tu zająć się jakimś zwiedzaniem albo przejazdem na inną część wyspy. W grę wchodziło tylko jedyne i słuszne rozwiązanie, czyli wynajęcie samochodu. Jak pomyśleli, tak zrobili, ale o tym będzie następnym razem.

I na koniec kilka fotek z mamunią, z ulubioną panią w restauracji i z ukochanymi stópkami 🙂