A gdyby skradziono Ci dziecko…

Wyobraź sobie, że jesteś bohaterem pewnej historii. Uczysz się albo studiujesz, być może pracujesz, w Twojej głowie roi się od planów, tych większych i mniejszych. Z pewnością masz wiele marzeń i rzeczy, które chciałabyś jeszcze zrobić. Tyle miejsc, które chciałabyś zobaczyć i rzeczy, które koniecznie trzeba przeżyć. Przecież przed Tobą całe życie. Masz kilkoro przyjaciół, z którymi się spotykasz. Wcześniej przez Twoje życie przewinęła się cała plejada ludzi, których pamiętasz lepiej lub gorzej. Niektórych w ogóle nie byłabyś w stanie sobie przypomnieć. Zresztą po co? Czas pędzi tak szybko, że nie warto się nad tym nawet zastanawiać. Masz też rodzinę, którą znasz od zawsze. Matkę i ojca, może jakieś rodzeństwo. Wydaje Ci się, że nie wyróżniasz się niczym specjalnym, bo nigdy nie zafarbowałaś włosów na różowo ani nie uciekłaś z domu.

Jednak to do Twoich drzwi pewnego dnia puka pewna nieznajoma. Nie wybrała Twojej przyjaciółki, która była szkolną gwiazdą i nie przyszła do sąsiadki obok. Co dziwne, na jej twarzy nie było widać śladu zawahania. Z jakiś względów zostałaś przez nią wybrana. W jej dłoni zauważasz fotografię, na której ku swemu zdziwieniu widzisz siebie jako małą dziewczynkę.

W Twojej głowie podnosi się alarm ostrzegawczy, kiedy w ten całkiem spokojny, zwyczajny dzień, stoisz w drzwiach swego domu. Po niebie przesuwają się leniwie chmury, po ulicy pędzą samochody, nikt na nikogo nie zwraca uwagi. A Ty stoisz w tych drzwiach i już zaczynasz przeczuwać, że za chwilę może wydarzyć się coś, co na zawsze zmieni Twoje życie. Masz jeszcze szansę, możesz zatrzasnąć drzwi i wrócić do swoich zajęć. Twoja pamięć wyprze tę fotografię i za kilka lat pomyślisz, że to wszystko zdarzyło się w jakimś filmie albo książce. Ta szansa trwa zaledwie ułamek sekundy, bo po chwili dopada Cię dziwne uczucie, kłucie w żołądku, które zwiastuje coś ważnego.

Zbierasz się na odwagę i pytasz nieśmiało, ale zdecydowanie: „Kim jesteś i skąd masz moje zdjęcie?”. Nieznajoma  patrzy z powagą i próbuje ułożyć sensowną odpowiedź,w której zwarłaby historię całego swojego życia. Zamiast tego mówi wprost: „Jestem Twoją siostrą. Zostałaś skradziona zaraz po urodzeniu i sprzedana swoim obecnym rodzicom”.

 

Być może z wrażenia upuszczasz właśnie kubek z poranną kawą, z którym podeszłaś, aby otworzyć drzwi. Być może mówisz coś w stylu: „Nie znam Cię. Musiałaś mnie z kimś pomylić. Ty też pewnie jesteś pomylona”. I chociaż nie wierzysz w żadne słowo nieznajomej, to z jakiś powodów czujesz, że Twój świat rozsypał się na kawałki. Z tyłu głowy słyszysz coś na wzór natrętnego cykania owada, który nie odpuści. W pamięci zaczynasz składać obrazy z życia, które następują jeden po drugim. Już wiesz, że brakuje kilku kawałków, że od zawsze ich brakowało. Pomimo to nadal nie wierzysz nieznajomej.

A Ty jakbyś się zachowała, gdyby odwiedziła Cię taka nieznajoma? Co byś odpowiedziała?

Ta krótka scenka rodzajowa opisana powyżej nie jest wcale wstępem do mojej kariery pisarskiej. Nie ma obaw, w najbliższym czasie nie wyprodukuję 500-stronicowej książki, ale nie wykluczam tego w przyszłości.

W ten sposób chciałam zobrazować historię, z którą mierzyły się bohaterki książki „Skradziona” aut. Clary Sanchez (wyd. Znak). Powiedzmy, że zalążek opowieści już znacie, chociaż na potrzeby tej notki skróciłam zdecydowanie drogę, którą pokonała jedna z głównych bohaterek książki, aby wyjawić swej siostrze prawdę o jej pochodzeniu. Zresztą, historia opisana w książce to zaledwie kropla w morzu historii, które zdarzyły się w Hiszpanii w związku z procederem handlu niemowlętami. Trudno mi sobie wyobrazić, że tysiącom matek po porodach wmawiano śmierć ich dziecka, podczas gdy mafia złożona z księży, lekarek, pielęgniarek i sióstr zakonnych sprzedawała ich świeżo narodzone dzieci  innym parom. Trudno mi sobie wyobrazić, że istnieli ludzie, którzy być może wiedząc o tym, skąd dostaną dziecko, pomimo to decydowali się na takie „transakcje”, płacąc grube pieniądze za radość bycia rodzicem. Ale czy to naprawdę była radość?

Wiele matek na próżno latami próbowało odszukać swoje utracone dzieci. One wiedziały, przeczuwały, że coś było nie tak. Czuły, że to niemożliwe, aby ich dziecko ot tak umarło. Intuicja matki bywa niezawodna, bo podszepty, które do niej przemawiają, pochodzą prosto z serca. Szukały, próbowały dotrzeć do swoich dzieci, napotykając mur milczenia, podejrzliwe spojrzenia, przeinaczone i sfałszowane dokumenty.

Skradzione dzieci również miały intuicję i po latach zaczynały dochodzić do wniosku, że coś nie pasuje w ich życiorysach. Najwięcej nieścisłości pojawiało się w razie konieczności zabiegów medycznych, kiedy okazywało się, że rodzice różnią się genetycznie od swoich dzieci.

Do dzisiaj nie wiadomo, ile dzieci na zawsze utraciło szansę wychowywania się w biologicznych rodzinach. Nie wiadomo też, ile matek odchodziło od zmysłów, bo było przekonanych, że ich dzieci nie umarły.

O dziwo ta książka to jednak nie wyciskacz łez, a czyta się ją jak ciekawą historię psychologiczną. Cała akcja zbudowana jest wokół dwóch rodzin, nieszczęśliwych z zupełnie różnych powodów. W jednej z nich matka nie może pogodzić się ze stratą swojej córki. W drugiej matka nie może pogodzić się z tym, że jednak tę córkę ma, a ona nie spełnia jej oczekiwań, choć oczekiwania babci też odegrały znaczącą rolę. Nie znajdziesz w tek książce rzewnych scen, tylko samo życie, trudne i skomplikowane. A najgorsza w tym wszystkim jest nieodwracalność, bo nawet jeśli ktoś odnajdywał swoją prawdziwą rodzinę, to trudno sobie wyobrazić, że przechodził na tym do porządku dziennego, mówiąc do całkiem obcych osób „mamo” lub „tato”.

Książkę mogę polecić każdemu, choć to zapewne w rodzicach, a już szczególnie w matkach wywoła wiele emocji i nie pozwoli zasnąć przez kilka wieczorów. Tak też było ze mną.

A tymczasem moje ukochane stópki z wczorajszego pobytu nad jeziorem… Nie oddam i nie pozwolę zabrać nikomu.